W zeszłą sobotę postanowiłyśmy z dziewczynami zrobić sobie wycieczkę na jedną z najbardziej znanych plaż w Californii - Santa Cruz. W końcu trzeba posiedzieć trochę na plaży z prawdziwego zdarzenia nad oceanem, skoro mieszka się tak blisko. No właśnie, Santa Cruz znajduje się jakąś godzinę jazdy od naszego miejsca zamieszkania, czyli naprawdę niedaleko. Na początku chciałyśmy po prostu wziąć jeden samochód, ale wszyscy hości mocno odradzali nam ten pomysł. Droga podobno jest mocno niebezpieczna i co weekend zdarzają się poważne wypadki z ofiarami śmiertelnymi. Na szczęście nie było żadnym problemem dostać się tam innymi środkami transportu - pociągiem do San Jose, a prosto z pociągu wskoczyłyśmy do autobusu, który dowiózł nas praktycznie nad sam ocean. Muszę przyznać, że była to najlepsza decyzja, jaką mogłyśmy podjąć, żeby wybrać autobus. Na miejscu przekonałyśmy się, że chętnych na sobotę w Santa Cruz było znacznie więcej niż miejsc parkingowych (a przynajmnniej miejsc parkingowych w rozsądnej odległości od plaży). Myślę, że wiele osób musiało zaparkować znacznie dalej niż my musiałyśmy dojść z przystanku.
Spokojnym krokiem dojście do plaży zajęło nam nie więcej niż dziesięć minut. Pogoda była przepiękna, idealna na plażowanie. W każdym razie tak mi się wydaje, bo ja fanką wylegiwania się na plaży absolutnie nie jestem. Nie potrafię tak długo usiedzieć w jednym miejscu i strasznie się nudzę. Na szczęście mi na opalaniu się w ogóle nie zależało, bo od kiedy przyjechałam do Californii już zdążyłam się opalić bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w życiu!
A może większość osób ustawiła się akurat wtedy w tej gigantycznej tajemniczej kolejce? Napisałam tajemniczej, bo nie udało mi się odkryć, na co tak cierpliwie czekali wszyscy ci ludzie. Ok, prawdę mówiąc, chyba aż tak mocno się nad tym nie zastanawiałam. Jedyną myślą, która zaprzątała mi wtedy umysł był ocean. Chciałam jak najszybciej zrzucić z siebie wszystkie ubrania (jak to dramatycznie brzmi - co najmniej jak bym miała na sobie dziesięć warstw;)) i pobiec czym prędzej do wody. Tyle się nasłuchałam, jaki to Pacyfik nie jest zimny i że nie ma szans w nim pływać, nie uzbroiwszy się wcześniej w piankę pływacką, czyli taki skafander jaki noszą surferzy. No i pobiegłam do wody...
... i wróciłam taka zadowolona :) Tak, tak, popływałam w oceanie i było to cudownie przyjemne. Z początku woda wydawała się być trochę zimna, ale chwilę później była to czysta przyjemność. Przypomniały mi się chwile, kiedy pływałam z zimnym Atlantyku we wrześniu, a może nawet i parę razy w październiku. Czym że więc dla mnie lekko chłodny Pacyfik w piękny słoneczny dzień? :) Aż zaczęłam żałować, że nie mieszkam bliżej oceanu.
Ale piękne zdjęcia :) Na pewno fajnie spędziłyście dzień na plaży :D
OdpowiedzUsuńBędzie jeszcze druga część relacji, bo miałam za dużo zdjęć, żeby wrzucić na jeden raz :D
Usuńjaki widoki <3 ah ta Cali!
OdpowiedzUsuńCali rzeczywiście potrafi zrobić wrażenie ;)
UsuńTy nie widziałaś zatłoczonej plaży w Chicago :D
OdpowiedzUsuńAle San Fran Wam mega zazdroszczę! <3
Basia, ja mam nadzieję, że jeszcze zdążę i Chicago zobaczyć w ciągu tego roku. A Ty lepiej szukaj rodzinki w okolicach San Fran, to razem pójdziemy popływać :D
Usuń