niedziela, 29 czerwca 2014

welcome to America

Jak ten czas szybko leci! Aż trudno uwierzyć, że w samolot za ocean wsiadałam blisko tydzień temu, a teraz zaczyna się właśnie mój drugi dzień w Californii. Ale po kolei! Pierwsze dni spędziłam w training school na campusie szkoły na Long Island.



Campus jest pięknie położony i mocno rozległy. Spacerując, z łatwością można się natknąć na zające, jelenie czy szopy. Można też usiąść na plaży i popatrzeć na fale. Choć może powinnam napisać "można by", gdyby miało się trochę więcej czasu ;) Plan zajęć jest mocno napięty i można poczuć się dość mocno zmęczonym zwłaszcza dodając do tego jet lag. Mimo tych niedogodności te parę dni upłynęło mi w świetnej atmosferze ze świetnymi. A tu parę zdjęć z campusu.












A najlepsze dopierob przede mną! W końcu cały najbliższy rok spędzę w słonecznej Californii. Ale to już inna opowieść :)

niedziela, 22 czerwca 2014

Last hours at home

No i się doczekałam. Chociaż ciągle to do mnie nie dociera, to właśnie spędzam ostatnie godziny w domu. Za parę godzin wsiadam w pociąg do Warszawy, a potem prosto w samolot i WITAJ NOWY JORKU! :) Pewnie tak jak za każdym poprzednim razem, i w tym przypadku uwierzę w to dopiero kiedy wyląduję po drugiej stronie oceanu i wyjdę z lotniska.

Mimo że będzie to mój czwarty raz w Nowym Jorku to podekscytowanie związane z wizytą w mieście, które nigdy nie śpi, jest zawsze tak samo duże jak za pierwszym razem. Nie mogę się doczekać!

A to wspomnienia z pierwszej wizyty :) Kiedy to było!











A w następny piątek po raz pierwszy San Francisco!

czwartek, 19 czerwca 2014

Wybierała się sójka za morze, czyli krótka opowieść o pakowaniu

W ostatnim tygodniu nastąpiło jakieś dziwne zakrzywienie czasoprzestrzni - dni nie wiadomo gdzie się podziały, a spraw do załatwienia ciągle przybywa. W poniedziałek nad ranem pakuję się w samolot za ocean, więc na zadbanie o ostatnie szczegóły, domknięcie niezakończonych spraw i pakowanie zostało niepokojąco mało czasu. No właśnie, skoro o pakowaniu mowa...

Od kilku dni walczę z moją walizką, żeby zmieścić się w limicie bagażu. Przechodziłam już etap pod tytułem "nigdzie nie jadę, bo się nie zapakuję", teraz jestem na etapie ogarniania pokoju, który sprawia wrażenie, jakby dopiero co został nawiedzony przez potężny huragan. Nigdy nie byłam fanką tego etapu podróży, czyli wszelkich przygotowań. Tak jak podróże kocham całą sobą, tak pakowania szczerze nieznoszę. Z reguł sprowadza się to do tego, że na ostatnią chwilę w piętnaście minut wrzucam najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka tudzież walizki i jestem gotowa na podbój świata. Jednak kiedy wyjeżdża się na cały rok, sprawa przedstawia się nieco inaczej.

Do walizki oprócz moich rzeczy muszę rzecz jasna zmieścić również prezenty dla host rodziny. Z jednego jestem szczególnie dumna, więc postanowiłam pochwalić się pomysłem jak i ostateczną wersją prezentu.
Tak się składa, że jestem dumną posiadaczką niezwykle uzdolnionej siostry. Postanowiłam wykorzystać jej umiejętności i zadanie które miała do wykonania w ramach swoich studiów.

Owocem naszej wspólnej pracy (choć mój wkład jest tak naprawdę malusieńki) jest taka oto książeczka.



Jest to ilustrowana historia o Królu kruków, czyli jedna z legend o Poznaniu. A jako że pochodzę z Wielkopolski, myślę że jest to świetny akcent dotyczący moich rodzinnych stron.



Zarówno okładka, wszsytkie ilustracje jak i układ graficzny są autorstwa mojej siostry. Mój wkład ograniczył się do przetłumaczenia tekstu na język angielski.

A tak prezentuje się w środku :)




















Jeśli, komuś mocno by się spodobało i miałby ochotę podarować komuś podobny prezent, to moja siostra chętna jest do ilustrowania wszelkich innych historii. Ja mogę ją z czystym sumieniem polecić, a tu można ją znaleźć http://plecione-androny.blogspot.com

Mam nadzieję, że dzieciakom spodoba się prezent :) w końcu trochę czasu i wysiłku trzeba było włożyć w jego wykonanie. Reszta prezentów jest raczej tradycyjna, takie tam au pairowskie klasyki - album dla hostów, słodycze i tym podobne.

No dobrze, czas wracać do walki z wiatrakami.. yyy pakowaniem ;)


środa, 11 czerwca 2014

Why I fell in love with the US


Już sam pomysł założenia bloga i fakt że ma mi towarzyszyć jako ten 'myślołap' w czasie mojej kolejnej już podróży do Stanów, zmusił mnie do zastanowienia się, co właściwie takiego w tych Stanach jest, że nieustająco tam wracam. W końcu to będzie już moja czwarta wycieczka za ocean, a do tej pory spędziłam tam w sumie półtora roku. No właśnie - co mnie właściwie tam urzekło?

O ile łatwo sobie wytłumaczyć podekscytowanie towarzyszące pierwszej wyprawie za wielką wodę, o tyle sprawa nie jest tak oczywista, kiedy bądź co bądź nieco się już tę amerykańską rzeczywistość pozna i oswoi:) W naszej kulturze mocno rozpowszechniona jest wizja "American dream", tego lepszego świata, gdzie wszystkie problemy są jakby mniejsze, a ludzie się więcej uśmiechają. O ile to drugie rzeczywiście jest prawdą, to pierwsze jest - jak to się zwykle w życiu okazuje - zwykłą ułudą. Wiadomo, na początku wszystko urzeka i zaskakuje swoją odmiennością. Można zauważyć najdrobniejsze szczegóły różniące tamten świat od naszego - od okrągłych klamek, równo przystrzyżonych trawników, przez drewniane domki, brak chodników, wielkie samochody, większe odległości na dobiegającym z każdej strony "how are you?" i uśmiechu nieznajomego kończąc.

Jak łatwo sobie wyobrazić na samym początku byłam wprost zachwycona. Ok, należy tu wtrącić, że należę do osób, które dość łatwo się zachwycają (szczególnie drobnostkami). Wiadomo jednak, że po pierwszym etapie fascynacji zawsze przychodzi czas kiedy przyzwyczajamy się do otaczającej nas rzeczywistości i to, co wcześniej wprawiało w zachwyt i urzekało, najzwyczajniej w świecie powszednieje. Zaczynamy zauważać te ciemniejsze strony i wiele rzeczy, które z początku przyprawiało o uśmiech, zaczyna z wolna irytować. Z moją miłością do Ameryki wcale nie było inaczej ;) Nie, nie nie wierzę naiwnie w amerykański sen, ani nie uważam tamtej rzeczywistości za idealną pod jakimkolwiek względem.



Ostatnio spotkałam osobę, która dopiero co wróciła ze Stanów po półrocznym pobycie tam. Była mocno rozczarowana i zestawiając amerykańską rzeczywistość z polską zdecydowanie wyżej stawiała tę naszą. Słuchając jej relacji - tego jaki wysoki tam poziom nierówności społecznych, jaki rasizm i tak dalej - musiałam szczerze przyznać rację w większości tych kwestii. Zmusiło mnie to do zastanowienia się za co ja tak właściwie te Stany uwielbiam, dlaczego ciągle chcę tam wracać i dlaczego w gruncie rzeczy pod wieloma względami lepiej się czuję tam niż tu.

Otóż przede wszystkim kiedy tylko zaczynam się nad tym zastanawiać na myśl przychodzi mi mentalność Amerykanów i nieświadomie zaczynam się uśmiechać:) Uśmiechać! No właśnie! Uwierzcie mi na słowo, żę znacznie milej jest być otoczonym przez ludzi, którzy uśmiechną się do nieznajomego na ulicy. Mimo że ich small talks (how are you doing? how's it going? itp) mocno być nieco irytujące na początku, to tak naprawdę są tysiąc razy lepsze od polskiego malkontenctwa. No niestety taka nasza narodowa przypadłość, że bardzo lubimy narzekać i krytykować. Z każdym kolejnym powrotem po Polski przeszkadza mi to coraz bardziej. Osobiście jestem zdania, że najlepiej jak najbardziej unikać złych emocji. Lepiej skupiać się na tych dobrych:) Nigdy wcześniej nie słyszałam tylu komplementów, ile usłyszałam od Amerykanów. I to jest fakt - w Polsce nie mówi się tylu komplementów, a już tym bardziej nie potrafimy im przyjmować. Moi amerykańscy znajomi niejednokrotnie pytali się, dlaczego Polacy nie potrafią normalnie przyjmować komplementów i każdemu próbują zaprzeczyć zamiast zwyczajnie podziękować.

Tak więc to jest pierwsza kwestia - pierwszy kontakt z ludźmi jak i obcowanie z nieznajomymi jest znacznie przyjemniejsze tam niż tutaj. Kolejną kwestią jest łatwość nawiązywania znajomości. Ludzie nie boją się do siebie odzywać i zagadywać we wszelkich okolicznościach przyrody. Tak naprawdę dla Amerykanów każda okazja jest dobra żeby nawiązać rozmowę:) W tym miejscu żeby nie przekłamywać rzeczywistości muszę jednak napisać, że ta łatwość dotyczy jedynie pierwszego kontaktu. Trudno nawiązać prawdziwe przyjaźnie. Amerykanie wcale się tak łatwo nie otwierają na innych. Łatwo o znajomych, trudno o przyjaciół. I wiadomo że Amerykanie też ludzie i pod powierzchnią uśmiechu i komplementów często pojawia się plotkarz, który kiedy się odwrócisz, obgada cię od stóp do głów. Więc nie ma co się łudzić, że będzie tylko pięknie i miło, ale czy gdziekolwiek jest inaczej? ;)

Następną kwestią, która ujęła mnie w kwestii amerykańskiej rzeczywistości jest dużo większa tolerancja na wszelkiego rodzaju inność i akceptacja wyborów, których inni dokonują. Chyba ciężko byłoby zaprzeczyć temu, że w Polsce wywierana jest duża presja społeczna dotycząca preferowanego wzoru życia. Zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami należy skończyć studia, znaleźć partnera życiowego i założyć rodzinę, znaleźć stabilną pracę blablabla.  Jestem dość mocno drażliwa w tej kwestii, pewnie dlatego, że to ja teraz jestem w momencie, kiedy muszę podejmować te ważne decyzje, ważące na moim przyszłym życiu ;) W każdym razie w Stanach istnieje duża toleran
cja - każdy robi to co chce i nikomu nic do tego. Pewnie dużą wagę odgrywają realia tamtejszej rzeczywistości - płatne szkolnictwo wyższe sprawia, że odsetek studiujących jest tam nieporównywalnie niski w stosunku do Polski. Jednak przekłada się to bezpośrednio na to, że nie ma jednego "dobrego" wzoru życia.  Wielość i różnorodność stylów życia wśród spotkanych przeze mnie Amerykanów mnie zachwyciła i zainspirowała. Dzięki temu doszłam do wniosku, że "kicham" na społeczeństwo i będę podejmować nawet najbardziej niepopularne decyzje, by podążać za swoimi marzeniami:)

To tylko malutki wycineczek amerykańskiej rzeczywistości i oczywiście wszystkie te odczucia są mocno subiektywne, ale to właśnie te parę kwestii wysuwa się na przód, kiedy myślę o tym, dlaczego ciągle chce mi się tam wracać. Idealnie nie jest, a i problemy te same, ale w raj na ziemi nie wierzę. Póki co przede mną jeszcze dwa tygodnie w starej (też dobrej) polskiej rzeczywistości. ;)



I trochę przekornie moje ulubione zdjęcie z Nowego Orleanu - mim i przechodzień ;)

You only live once

        Trzy lata temu pewien szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że moje życie nieodwracalnie się zmieniło. Uwierzyłam, że jeśli się wystarczająco mocno chce i ma trochę odwagi, to naprawdę można spełniać swoje marzenia - sky is the limit!
        Na początku czerwca trzy lata temu trafiłam na malutką amerykańską wyspę na Atlantyku. Tam rozpoczęła się moja przygoda z Ameryką, która trwa do dziś. Cztery miesiące spędzone na niewielkim kawałku skały wystającym znad wody, zmieniły moje spojrzenie na świat o 180 stopni. Spotkani ludzie z różnych stron świata, usłyszane historie, niesamowity klimat wyspy jak i późniejsze podróże w inne zakątki Stanów sprawiły, że dostrzegałam wielość możliwych scenariuszy życia i obudził się we mnie apetyt na poznanie świata. Od tego czasu staram się nie marnować żadnej okazji i zobaczyć tyle świata, ile się da, usłyszeć tyle historii ludzkich żyć ile, mam sił (a jako socjologowi chęci do spotkań z ludźmi mi raczej nie brakuje;) i brać od życia, ile tylko możliwe!
        Przez trzy lata wracałam na "moją" Wyspę i utwierdzałam się w przekonaniu, że nie mam na razie ochoty zaczynać "dorosłego życia" w Polsce. Z tego przeświadczenia i ogromnej chęci przeżycia przygody życia narodził się plan, który wcielę w życie już za niecałe dwa tygodnie.
Przez trzy lata poznawałam USA w ramach programu work and travel. Teraz postanowiłam spróbować swoich sił jako au pair. Za dwa tygodnie zaczynam swój rok na Zachodnim Wybrzeżu:)
          Pomyślałam, że jest to idealna okazja, żeby wszystkie swoje przemyślenia, zdjęcia, inspiracje i pomysły gromadzić tutaj. Pamięć jest mocno ulotna i często mimo najszczerszych chęci wiele pieknych momentów może nam łatwo umknąć. Mam nadzieję, że uda mi się (ćwicząc jednocześnie systematyczność;) zachować chociaż część z nich tutaj, by móc w przyszłości wrócić do nich myślami i z uśmiechem stwierdzić, że warto było się odważyć i spełniać marzenia :)




A oto miejsce od którego wszystko się zaczęło :)