czwartek, 24 lipca 2014

Santa Cruz Beach and swimming in the cold ocean


W zeszłą sobotę postanowiłyśmy z dziewczynami zrobić sobie wycieczkę na jedną z najbardziej znanych plaż w Californii - Santa Cruz. W końcu trzeba posiedzieć trochę na plaży z prawdziwego zdarzenia nad oceanem, skoro mieszka się tak blisko. No właśnie, Santa Cruz znajduje się jakąś godzinę jazdy od naszego miejsca zamieszkania, czyli naprawdę niedaleko. Na początku chciałyśmy po prostu wziąć jeden samochód, ale wszyscy hości mocno odradzali nam ten pomysł. Droga podobno jest mocno niebezpieczna i co weekend zdarzają się poważne wypadki z ofiarami śmiertelnymi. Na szczęście nie było żadnym problemem dostać się tam innymi środkami transportu - pociągiem do San Jose, a prosto z pociągu wskoczyłyśmy do autobusu, który dowiózł nas praktycznie nad sam ocean.  Muszę przyznać, że była to najlepsza decyzja, jaką mogłyśmy podjąć, żeby wybrać autobus. Na miejscu przekonałyśmy się, że chętnych na sobotę w Santa Cruz było znacznie więcej niż miejsc parkingowych (a przynajmnniej miejsc parkingowych w rozsądnej odległości od plaży).  Myślę, że wiele osób musiało zaparkować znacznie dalej niż my musiałyśmy dojść z przystanku.






Spokojnym krokiem dojście do plaży zajęło nam nie więcej niż dziesięć minut. Pogoda była przepiękna, idealna na plażowanie. W każdym razie tak mi się wydaje, bo ja fanką wylegiwania się na plaży absolutnie nie jestem. Nie potrafię tak długo usiedzieć w jednym miejscu i strasznie się nudzę. Na szczęście mi na opalaniu się w ogóle nie zależało, bo od kiedy przyjechałam do Californii już zdążyłam się opalić bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w życiu! 


 Gorący piasek parzył stopy, kiedy przedzierałyśmy się, żeby dotrzeć jak najbliżej wody. Na zdjęciu poniżej wydaje się, że nie ma za dużo ludzi, ale to tylko złudzenie. Ludzi było mnóstwo i z każdą godziną tylko ich przybywało,.




A może większość osób ustawiła się akurat wtedy w tej gigantycznej tajemniczej kolejce? Napisałam tajemniczej, bo nie udało mi się odkryć, na co tak cierpliwie czekali wszyscy ci ludzie. Ok, prawdę mówiąc, chyba aż tak mocno się nad tym nie zastanawiałam. Jedyną myślą, która zaprzątała mi wtedy umysł był ocean. Chciałam jak najszybciej zrzucić z siebie wszystkie ubrania (jak to dramatycznie brzmi - co najmniej jak bym miała na sobie dziesięć warstw;)) i pobiec czym prędzej do wody. Tyle się nasłuchałam, jaki to Pacyfik nie jest zimny i że nie ma szans w nim pływać, nie uzbroiwszy się wcześniej w piankę pływacką, czyli taki skafander jaki noszą surferzy. No i pobiegłam do wody...








... i wróciłam taka zadowolona :) Tak, tak, popływałam w oceanie i było to cudownie przyjemne. Z początku woda wydawała się być trochę zimna, ale chwilę później była to czysta przyjemność. Przypomniały mi się chwile, kiedy pływałam z zimnym Atlantyku we wrześniu, a może nawet i parę razy w październiku. Czym że więc dla mnie lekko chłodny Pacyfik w piękny słoneczny dzień? :) Aż zaczęłam żałować, że nie mieszkam bliżej oceanu.




wtorek, 22 lipca 2014

Go Giants!


Niesamowite! Dzisiaj po raz pierwszy od kiedy jestem w Californii padało! Yyy.. chyba powinnam uściślić, co się kryje pod pojęciem "deszcz". Mówiąc "deszcz" mam na myśli, że dziś rano pokropiło przez pięć minut :D Ale jaką radochę miały dzieciaki, to głowa mała! Mimo że dla mnie to ciężko było nawet zakwalifikować jako prawdziwy deszcz, to dziewczynki pognały do szafy, w pośpiechu wyciągnęły swoje kurtki przeciwdeszczowe i pognały na zewnątrz pobiegać w deszczu :) Ale nie o tym chciałam dzisiaj pisać.

Piękna pogoda podczas mojego ostatniego pobytu w San Francisco nie była jedyną niespodzianką tego dnia. Już w pociągu do miasta zaskoczył nas niesamowity tłum - mnóstwo ludzi, wszyscy strasznie głośno. Większość, nie zważając na prawo, niczym się nie przejmując, spokojnie popijała sobie piwo. Spojrzałyśmy w dziewczynami na siebie - o co chodzi? co tu się dzieje? Po chwili bardziej wnikliwej obserwacji zauważyłam pewną cechę wspólną wielu osób wśród tego tłumu - wiele osób miało na sobie coś pomarańczowego. No tak, teraz wszystko stało się jasne. Trafiłyśmy do pociągu z fanami Gigantów z San Francisco, którzy właśnie jechali na ich mecz. Giants to odnosząca sukcesy drużyna baseballowa z San Francisco. Ja byłam zachwycona. Dodatkowa nieplanowana atrakcja! :D Swoją drogą sama muszę się kiedyś wybrać na jakiś mecz baseballu albo footballu amerykańskiego. Żadna ze mnie fanka. Ba! Nawet zasad nie znam, ale myślę, że byłoby to ciekawe doświadczenie. Na końcowej stacji cały tłum ludzi popłynął w kierunku stadionu, który jak się okazało jest tuż za rogiem. Ostatnim razem spacerując w tamtej okolicy, nawet nie zauważyłam, że ten wielki gmach to stadion ;)


Przed wejściem kłębiły się tłumy fanów. Cała okolica zrobiła się mocno pomarańczowa :)









Aż trudno mi było uwierzyć, jakie miałyśmy szczęście, że wsiadłyśmy konkretnie do tego pociągu o tej godzinie. Pokręciłyśmy się trochę wśród tłumu i co najmniej z dziesięć razy, ktoś próbował wcisnąć nam bilety. Przypuszczałam, że chyba muszą być całkiem drogie, zresztą miałyśmy inne plany na tę sobotę, więc odmawiałyśmy raz za razem. W końcu jednak ciekawość wygrała i zapytałam się jednego ze sprzedających, za ile ma bilety. Powiedział, że może mi sprzedać za 15 dolców. Spodziewałam się dużo wyższej ceny i prawie się skusiłam, ale dziewczyny odwiodły mnie od tego pomysłu ;)




 Kontynuowałyśmy nasz spacer i kiedy przekroczyłyśmy most, żeby spojrzeć na stadion z dystansu, dobiegł nas przeraźliwy hałas. Wyglądało na to, że drużyna właśnie wbiegła na boisko i została powitana olbrzymimi owacjami.





Zdecydowanie muszę zadbać o to, żeby podczas mojego roku tutaj wybrać się na jakieś duże wydarzenie sportowe. Tyle do zrobienia, zobaczenia, spróbowania a czas leci jak szalony! Toż to już cały miesiąc w USA minął! Tak więc uciekam stąd, żeby nie tracić ani chwili ;)


poniedziałek, 21 lipca 2014

Golden Gate Bridge with girls



W zeszłą sobotę wybrałyśmy się w dziewczynami do San Francisco. Celem było dotarcie do Golden Gate Bridge. Świadomie napisałam "dotarcie" a nie "zobaczenie", bo mając w pamięci moją pierwszą wizytę w SF, wiedziałam, że czasem mimo najlepszych chęci jest to niemożliwe. Nauczona doświadczeniem zabrałam ze sobą dodatkowy sweter i szalik. Nie miałam ochoty zmarznąć przedzierając się pod wiatr przez warstwy mgły. Na taki scenariusz nastawiłam też dziewczyny - dla większości z nich była to pierwsza wizyta w San Francisco. Niemniej jednak pogoda postanowiła sprawić nam miłą niespodziankę :) Dzień był wręcz idealny na spacer wybrzeżem w stronę mostu. Żadnej mgły, piękne słońce i wysoka - jak na tę część miasta - temperatura. Zdjęcie pod spodem zostało zrobione dokładnie w tym samym miejscu co jedno ze zdjęć podczas mojego pierwszego pobytu w SF, co całkiem nieźle obrazuje różnice w pogodzie ;)


Pora na pierwsze z wielu selfie ;) Swoją drogą można zauważyć, że nie obyło się bez wizyty w Forever 21.


A teraz czas na pierwsze zdjęcia z Golden Gate w roli głównej ;)


 Jest i słynny most "we własnej osobie"!



Na zdjęciu niżej tam za ludźmi w oddali widnieje Alcatraz z innej tym razem perspektywy.


Popołudnie było naprawdę piękne, ale przy tym niezwykle wietrzne. Chyba muszę wpisać windsurfing na listę rzeczy, których chcę spróbować, będąc w Californii ;)







\


Trzy z dziewczyn są z Meksyku. Dwie pochodzą z półwyspu Jukatan, gdzie temperatury są tak wysokie, że nie na pewno miałabym olbrzymie problemy z normalnym funkcjonowaniem - podobno 40 parę stopni to norma i na dodatek przy dużej wilgotności powietrza! Tylko jedna z nich zdecydowała się zamoczyć nogi w oceanie. Była naprawdę dzielna ;) Druga kupiła sobie dodatkowe skarpetki i cały dzień spędziła w dwóch parach skarpetek na stopach :D Różnice między tym, co jest normą dla ludzi wychowanych w różnych kulturach i częściach świata, chyba nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać :)

piątek, 18 lipca 2014

Three weeks in California

Dzisiaj mijają równe trzy tygodnie od kiedy postawiłam mój pierwszy krok na californijskiej ziemi i zaczęłam zupełnie inne życie tutaj w Los Altos. Patrząc z perspektywy tych tygodni mogę już co nieco powiedzieć o tym, jak wygląda californijski styl życia. Powolutku sama zaczynam się wdrażać we wszystko i myśleć o tym miejscu jako o "domu" (tymczasowym, ale jednak). Powoli tworzę swoje małe rytuały  i przestaję zauważać mechanizmy które sterują codziennością. Oswajam ten świat i chyba nieźle mi to na razie wychodzi :) Wychodzi mi - jak sądzę - tym lepiej, że mimo tego, że wszystko zaczyna być przewidywalne, nie dziwi mnie już widok z mojego okna i znam dobrze pobliskie drogi, to cały czas dostrzegam piękno okolicy w której mieszkam i każda myśl o tym, gdzie teraz jestem wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

No dobra, dobra, ale zejdźmy na ziemię - przecież wcale nie mieszkam w raju i nie zawsze jest tak pięknie i różowo ;) Jak wygląda moje codzienne życie? Czy nie tęsknię? Czy nie żałuję, że tu przyjechałam?
Wbrew pozorom na te trzy pytania mogę odpowiedzieć jednym i tym samym stwierdzeniem: jak na razie mam tyle zajęć, że nie mam czasu na tęsknotę i myślenie o tym, co się dzieje po drugiej stornie oceanu. Oczywiście, że zdarzają się momenty, kiedy zrobi się trochę nostalgicznie. Szczególnie wieczorami, o zmierzchu, kiedy jestem po całym dniu pracy i mam ochotę odpocząć i pogadać z kimś zupełnie normalnie bez wysiłku, tęskno mi do moich przyjaciół. Jasne, że mogę wyjść gdzieś z innymi au pair, ale prawda jest taka, że czasami jest już za późno, czasami jestem za bardzo zmęczona, a przede wszystkim - powiedzmy sobie szczerze - to dopiero początek mojego pobytu tutaj i nie znamy się jeszcze wszystkie zbyt dobrze. Siłą rzeczy takie spotkania nie są tak swobodne i naturalne, jak rozmowy z przyjaciółmi z którymi znamy się jak łyse konie.

Moje dni podporządkowane są pracy. Tak, tak, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że bycie au pair to praca na pełen etat i lepiej mieć to na uwadze zanim postanowi się wyjechać. Ja pracuję sporo bo między 40-45h, czyli właściwie maksimum tego, ile mogę pracować. Wiem, że są szczęściary, które pracują po 20 godzin tygodniowo, ale raczej nie należą do większości. Dużym plusem mojego grafiku są za to wolne weekendy, co mnie niezmiernie cieszy :) Próbuję wycisnąć z nich, ile tylko się da. Dodatkowo mogę używać samochodu również po godzinach pracy co mocno ułatwia mi życie, więc narzekać nie mogę.

Moja host rodzina jak na razie zdecydowanie mi odpowiada i dobrze się dogadujemy, ale myślę, że dzieciakom i pewnym charakterystycznym cechom amerykańskiego stylu wychowywania dzieci poświęcę osobnego posta, bo w przeciwnym razie ten byłby bardzo długi.

Zdjęcia pochodzą z jednego z moich samotnych wieczornych spacerów. A właściwie powinnam napisać, że ten był prawie samotny, bo towarzystwa w oczekiwaniu na nadejście nocy dotrzymał mi nie kto inny jak kojot ;) Kolory są zachowane naturalne. Nie przerabiałam zdjęć, natura sama zadbała o piękne światło zachodzącego słońca.