Pierwsze dni były naprawdę szalone. Podekscytowanie związane z zamieszkaniem z Californii, mieszało się z nutką obawy, czy wszystkiemu podołam. Tyle wiadomości do zapamiętania, tyle umiejętności do opanowania, a ja słynąca z mojej niecierpliwej natury chciałabym wszystko wiedzieć i umieć już zaraz, ot tak.
Zamieszkanie z obcymi ludźmi pod ich dachem i na dodatek wzięcie na siebie odpowiedzialności za ich pociechy to nie lada wyzwanie. Na szczęście moja host rodzina okazała się naprawdę świetna i mam nadzieję, że cały rok upłynie mi w atmosferze takiej, jaka towarzyszyła mi w trakcie mojego pierwszego tygodnia :)
Najbardziej obawiałam się jazdy samochodem i to z dwóch powodów. Po pierwsze z powodu samochodu - nigdy wcześniej nie jeździłam automatem, który dodatkowo jest - jak to na Amerykę przystało - w rozmiarze xxl. Po drugie zwiedzając okolicę pierwszego dnia (jeszcze nie w roli kierowcy) miałam wrażenie, że każda kolejna mijana ulica wygląda tak samo. Jak do stu piorunów miałam się w tym połapać i nie zgubić?! Byłam pewna, że wcześniej czy później ta chwila w końcu nastąpi i się zgubię.
O ile pierwsze obawy dotyczące samochodu okazały się bezpodstawne - automatyczna skrzynia biegów okazała się bardzo wygodna - o tyle, co do drugiego się nie pomyliłam. Czwartego dnia mojego pobytu tutaj miałam za zadanie dotrzeć samodzielnie na spotkanie z innymi au pair i lokalną koordynatorką. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że wracać przyszło mi już po ciemku. Moja pierwsza przejażdżka po zmroku trwała więc trochę dłużej niż planowałam, ale dzielnie (choć nie bez problemu) udało mi się dotrzeć z powrotem do domu. Pytaniem pozostaje, dlaczego nie użyłam po prostu nawigacji w telefonie? Otóż, w całym tym stresie telefon spadł mi pod fotel i nie udawało mi się go wyciągnąć. Uf, mogę tylko dziękować losowi za to, że obdarzył mnie całkiem niezłą orientacją w terenie ;)
Dzisiaj, dokładnie tydzień od tamtego wieczoru, mogę powiedzieć, że tylko uśmiecham się pod nosem na myśl o tym zdarzeniu. Minął ledwie tydzień, a ja całkiem nieźle znam już okolicę i raczej nie zdarza mi się gubić.
A to parę ujęć mojej okolicy z pierwszego spaceru :)
Sławne amerykańskie skrzynki pocztowe, które znałam z Sims'ów ;)
Ogromna ilość skrzyżowań równorzędnych ze znakiem "stop" doprowadzała mnie początkowo do szaleństwa.
Okolica przepiękna! :) Ale te odległości pewnie są straszne. :D ale jak ma się samochód to pewnie ujdzie to jakoś ;). Powodzenia! :D
OdpowiedzUsuńto prawda, w Stanach trudno sobie poradzić bez samochodu, chyba że mieszka się w ścisłym centrum, co raczej rzadko się zdarza ;) wszystkim przyszłym au pairkom radzę dokładnie przedyskutować kwestie korzystania z samochodu z hostami:)
Usuń