To była długa nieprzewidziana przerwa na blogu. Ten post
miał zawierać drugą część relacji z Santa Cruz, ale nastąpiła zmiana planów.
Myślę, że czas na trochę prywaty, czyli tydzień z życia au pair pełen wzlotów i
upadków.
To był zdecydowanie najcięższy z moich dotychczasowych
tygodni pracy tutaj. Nie miałam dla siebie dosłownie ani chwili. A wszystko za
sprawą wizyty babci dzieciaków. Babcia przyjechała w sobotę po południu i miała
zostać do czwartku. Ja - ponieważ sobotę spędziłam w San Francisco - spotkałam
ją dopiero w niedzielę, kiedy to z całą host rodziną wybraliśmy się na
wycieczkę na pobliski szczyt, gdzie uprawia się winogrona i powstają regionalne
wina. Hości często udają się tam na degustację. Tym razem i ja mogłam
skosztować wielu różnych rodzajów win, które stamtąd pochodzą. Muszę przyznać,
że były naprawdę dobre. Po degustacji udaliśmy się do na lunch do chińskiej
restauracji, w której moja host rodzina jada co najmniej raz w tygodniu. Hostka
pochodzi z Tajwanu, ale spędziła tam tylko pierwsze lata swojego życia, czego
nie można powiedzieć o babci. No właśnie.. babcia.









Babcia, mimo że od
wielu lat mieszka w Stanach, po angielsku mówi
- nie ma co ukrywać - bardzo słabo. Nie mam zielonego pojęcia, jak to
możliwe. Chyba musi żyć wśród samych osób mówiących po Chińsku. Jako że miałam
z nią spędzić najbliższe dni, czułam, że pojawią się problemy natury
komunikacyjnej. Intuicja mnie nie zawiodła. Uwaga, wszystkie przyszłe au pair -
życie au pair nie jest usłane różami! Dla mnie wizyta babci okazała się
prawdziwym utrapieniem. Wiem, że ona nie chciała źle, ale dla mnie te parę dni
były naprawdę ciężkie.
Po pierwsze miałyśmy
problemy z dogadywaniem się między sobą. Ona ciągle coś ode mnie chciała, ale
ja często nie mogłam zrozumieć co. Do drugie babcia boi się prowadzić, więc
musiałam ją wszędzie wozić, więc nie miałam praktycznie czasu wolnego. No
dobra, nie musiałam jej wozić, ale pomyślałam, że byłoby nieładnie tak
odmawiać, skoro ona przyjeżdża tu mniej więcej raz w roku, mogę trochę swojego
czasu jej poświęcić. Naprawdę miałam dobre intencje na początku i chciałam mieć
z nią jak najlepszy kontakt, ale łatwo nie było. Po trzecie babcia ciągle za
mną łaziła jak cokolwiek robiłam, czujnie obserwowała i bez przerwy komentowała jak co powinnam
robić! Jakież to irytujące, jak ktoś nad Tobą stoi i patrzy Ci na ręce! A
jeszcze bardziej denerwuje, kiedy słyszysz komentarze na ten temat grrr. No
cóż, postanowiłam zacisnąć zęby i z uśmiechem odpowiadać na wszelkie
komentarze. Niestety więszkość babcinych komentarzy sprowadzała się do tego, że
nie podoba jej się, jak dzieci są wychowywane, co jedzą, co robią i tym
podobne. W tym wypadku to nie była absolutnie moja wina i nie mogłam niczego
zmieniać, bo zatrudniona zostałam przez rodziców i to do ich instrukcji miałam
się stosować. Powiedziałam oczywiście o tym babci, że może powinna porozmawiać
o tym ze swoją córką, bo nie leży w mojej gestii zmiana czegokolwiek, ale chyba
nie dotrało do niej... eh. No cóż, to był tylko wierzchołek góry lodowej.
Pewnego razu, ni stąd ni zowąd, babcia zadała mi pytanie czy
byłam w niedzielę w kościele. Totalnie zaskoczona, nie wiedząc, do czego
zmierza odparłam że nie. Po czym ona zaczęła wypytywać, czy jestem wierząca,
religijna, jak kto wygląda w moje rodzinie itp. Zgodnie z prawdą (lecz nie
chcąc wdawać się w szczegóły, bo sprawa jest dość skomplikowana) odparłam, że
raczej wierząca nie jestem. W tamtej chwili nie wiedziałam jeszcze jaki błąd
popełniłam. Babci a za zadanie postawiła sobie nawrócić mnie na dobrą drogę -
chodziła za mną po całym domu, kiedy ja wykonywałam swoje obowiązki i
opowiadałam o tym, że Jezus mnie obserwuje cały czas i że muszę to przyjąć do wiadomości...
Wierzcie mi, że z trudem powstrzymywałam irytację. Rety, naprawdę bardzo lubię
moją host rodzinę, nie ma żadnych problemów z hostami, ale z babcią
zdecydowanie nadajemy na innych falach.
Kolejnego dnia babcia wzięła sobie mój telefon, który leżał
na stole w kuchni i bez słowa postanowiła zadzwonić do siostry z którą
rozmawiała (a jakże!) dobre 45 minut. Ale najlepsze było ciągle przede mną.
Babcia stwierdziła, że muszę ja zawieźć do sklepu na zakupy, bo dzieci jedzą za
mało zielonych warzyw. No dobra, co mi tam - pomyślałam i pojechałyśmy na
zakupy. Stojąc przy kasie, babcia zapytała czy mam jakieś pieniądze. Zdziwiona
powiedziałam że nie. Po powrocie do domu, babcia puka do drzwi mojego pokoju i
pyta, czy teraz mogę jej oddać pieniądze za zakupy, które zrobiła dla dzieci.
Tak! Wyobraźcie sobie moją minę w tamtym momencie! Powiedziałam grzecznie, że
ja nie mam żadnych pieniędzy na zakupy, bo zakupy w tym domu robią hości, a co
ona: ale jak to! przecież wiem że dostajesz co tydzień 200$! No myślałam, że
się przewrócę z wrażenia! Byłam w tak ciężkim szoku, że zapomniałam o wszelkich
zasadach grzeczności wypaliłam, że sorry, ale to są MOJE pieniądze, które
dostaję jako zapłatę za moją pracę i że może ona powinna porozmawiać ze swoją
córką po chińsku na temat tego kim jestem i co tu robię, bo najwidoczniej nie
ma o tym zielonego pojęcia. Zmieszała się i poszła sobie. Naprawdę nie
zamierzałam być niemiła, ale są pewne granice. Cóż mogę powiedzieć - wydaje mi
się, że babcia rzeczywiście nie za bardzo rozumie ideę bycia au pair. O dziwo
od tamtego momentu, nasz kontakt trochę się poprawił.
Po tym ciężkim tygodniu byłam tak zmęczona i sfrustrowana,
że nie miałam siły kompletnie na nic. Całe szczęście że tuż po wyjeździe babci
w czwartek rano sytuacja zmieniła się o 180 stopni i świat znowu nabrał kolorów
:) Czwartek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył pod wieloma względami. Nie o
wszystkim chcę tu pisać, ale miałam milion powodów do uśmiechu. Poznałam trzy
świetne au pair, spędziłam sporo czasu żartując z nowo poznaną grupką
amerykańskich znajomych i dostałam darmowe lody z lodziarni :D Mam nadzieję, że
dobra passa się utrzyma i już nie mogę się doczekać co przyniesie weekend,a zapowiada się naprawdę ciekawie ;)
Och! Zapomniałabym - wszystkie zdjęcie są w ostatniej niedzieli z winery :)