poniedziałek, 11 sierpnia 2014

new favorite spot


Czas pędzi z prędkością światła, a góra zdjęć rośnie. Tylko postów jakoś nie widać... Naprawdę nie podejrzewałam, że moje dni będą wypełnione do takiego stopnia. Nie wyobrażam sobie jak to będzie, kiedy dołączą do tego wszystkiego jeszcze moje zajęcia. Jedyna nadzieja w tym, że niedługo zaczyna się rok szkolny i dzieciaki wreszcie pójdą do normalnej szkoły, a mój grafik nieco się ustabilizuje. Nigdy nie przypuszczałam, że tak będę się cieszyć z powodu końca wakacji ;) Jeszcze tylko tydzień! 

Mimo tego że w tygodniu nie mam czasu na absolutnie nic, to weekendy staram się wykorzystać w stu procentach. W zasadzie to każdy kolejny weekend zaskakuje mnie bardziej. W piątek wieczór kolacja ze znajomym, sobota cała spędzona z moimi meksykańskimi znajomymi i serwowanymi przez nie margaritami, a wieczorem pool party, które trwało do białego rana :D 

Nic dziwnego, że po takiej dawce atrakcji w niedzielę wieczorem umierałam ze zmęczenia. Hmmm podobno weekendy mają służyć odpoczynkowi... Ja w każdym razie jeszcze dobrze po weekendzie nie odpoczęłam, więc dzisiaj po pracy, jedyna rzeczą, której pragnęłam, było trochę ciszy i samotności. 



 Postanowiłam wybrać się na poszukiwanie idealnego miejsca do obejrzenia zachodu słońca - najlepiej wzgórza z pięknym widokiem. Z reguły oczekiwania przerastają rzeczywistość, ale tym razem było odwrotnie i rzeczywistość mile mnie zaskoczyła. Miejsce, które znalazłam, było dokładnie tym, czego chciałam. Właściwie to nawet nie oczekiwałam aż tyle. Przypomniałam sobie o parku, który znajduje się całkiem niedaleko od mojego domu, który odwiedziłam już wcześniej któregoś popołudnia. Tym razem postanowiłam jednak wspiąć się na szczyt wzgórza, zamiast podążać szlakiem wzdłuż jeziora. Był to strzał w dziesiątkę!



 Zmierzch i świt to moje ulubione pory w ciągu doby. Uwielbiam kiedy dzień miesza się z nocą i z każdą minutą wszystko wokół się zmienia. I to światło! Niestety w Californii nie dane mi było jeszcze obejrzeć wschodu słońca i to wcale nie dlatego, że jestem śpiochem i nie chce mi się wstać. Próbowałam już parokrotnie. Niestety pogoda w mojej części Californii wygląda tak, że poranki są pochmurne i niebo przejaśnia się zupełnie dopiero około godziny 9 rano, czyli dawno po wschodzie słońca. Cóż, na razie muszę zadowolić się zachodami.


 






Na zdjęciu poniżej na horyzoncie widnieją góry, znajdujące się po drugiej stronie zatoki, czyli naprawdę daleko. Za każdym razem, kiedy je widzę, robią na mnie ogromne wrażenie. Musze koniecznie sprawdzić, czy są tam jakieś szlaki. Chętnie wybrałabym się na wycieczkę na drugą stronę zatoki i sprawdziła jaki widok rozciąga się z tamtej strony.



Nie byłam jedyną osobą, która chciała uwiecznić te widoki :)




To miejsce zdecydowanie trafia na listę moich ulubionych w okolicy. Myślę, że czuć się gdzieś jak w domu można dopiero wtedy, kiedy ma się tam "swoje" miejsca. Ja już parę takich tu znalazłam :)

wtorek, 5 sierpnia 2014

it's better to be a seal than a red lobster

Ostatnio czas pędzi z tak zawrotną prędkością, że aż trudno mi w to uwierzyć! Na moim komputerze gromadzi się coraz to więcej zaległych zdjęć z odwiedzonych miejsc i przeżytych przygód. Na dodatek czasu na tworzenie postów jakoś tak coraz mniej. To prawda, ostatnio pracy mam naprawdę dużo i nigdy nie myślałam, że będę z utęsknieniem wyczekiwać końca wakacji. Dzieciaki mają jeszcze dwa tygodnie bez szkoły, a kiedy w końcu zaczną się regularne zajęcia, to jest szansa, że w końcu ja trochę odpocznę. Ale narzekać i tak nie mam na co. Ostatnio często przyłapuję się na myśli, że moje życie w tym momencie naprawdę nie jest złe - szczególnie w weekendy ;) Miniony weekend obfitował w przygody - niektóre mocno stresujące - ale przynajmniej nie mogę narzekać na nudę.

Ale przecież dziś pora na drugą porcję zdjęć z weekendu w Santa Cruz. Jako że spędziłyśmy tam calutki dzień, to samo pływanie w oceanie i leżenie plackiem na słońcu nie byłoby wystarczającą atrakcją. Żeby urozmaicić sobie czas, wybrałyśmy się na spacer na molo zobaczyć foki.  Ja podjęłam bardzo nieprzemyślaną decyzję i na spacer wybrałam się na boso. 'Co to dla mnie' - myślałam i się na tym myśleniu sparzyłam... Dosłownie sparzyłam! Moje stopy ledwo ten spacer przeżył i już sama nie jestem pewna, czy gorszy był gorący piasek czy beton. Ale co sobie na foki popatrzyłam to moje ;)









Focze bestie :)


i trochę plaży.
Szczerze mówiąc, to nie jestem pewna, dlaczego właśnie to miejsce jest tak znane i powszechne. Mnie znacznie bardziej urzekła plaża, na której byłam innym razem. Hmm.. w zasadzie to chyba w powszednim zdaniu zawarłam odpowiedź na moje pytanie. Najzwyczajniej w świecie nie jestem fanką wielkich kurortów i skupisk ludzi. Z reguły im bardziej dziko, tym bardziej mi się podoba ;)




Niestety całodniowe wylegiwanie się na plaży przypłaciłam wyglądem świeżo ugotowanego homara w pięknym soczystym czerwonym kolorze lub - jak to się śmiała ze mnie moja znajoma - patriotycznym biało-czerwonym tyłkiem, bo w zasadzie to była to część ciała, która najmocniej oberwała. I ubiegając wszelkie pytania - nie, wcale nie opalałam się bez użycia kremu z filtrem. Jednak po tej przygodzie zapragnęłam kremu z filtrem tak wysokim jak się da i juz następnego dnia kupiłam krem z filtrem 100 spf :D
Dzięki wielkie, Californio, ale ja słońca zaznałam już wystarczająco dużo.





piątek, 1 sierpnia 2014

Ups and downs

To była długa nieprzewidziana przerwa na blogu. Ten post miał zawierać drugą część relacji z Santa Cruz, ale nastąpiła zmiana planów. Myślę, że czas na trochę prywaty, czyli tydzień z życia au pair pełen wzlotów i upadków.

To był zdecydowanie najcięższy z moich dotychczasowych tygodni pracy tutaj. Nie miałam dla siebie dosłownie ani chwili. A wszystko za sprawą wizyty babci dzieciaków. Babcia przyjechała w sobotę po południu i miała zostać do czwartku. Ja - ponieważ sobotę spędziłam w San Francisco - spotkałam ją dopiero w niedzielę, kiedy to z całą host rodziną wybraliśmy się na wycieczkę na pobliski szczyt, gdzie uprawia się winogrona i powstają regionalne wina. Hości często udają się tam na degustację. Tym razem i ja mogłam skosztować wielu różnych rodzajów win, które stamtąd pochodzą. Muszę przyznać, że były naprawdę dobre. Po degustacji udaliśmy się do na lunch do chińskiej restauracji, w której moja host rodzina jada co najmniej raz w tygodniu. Hostka pochodzi z Tajwanu, ale spędziła tam tylko pierwsze lata swojego życia, czego nie można powiedzieć o babci. No właśnie.. babcia.













 Babcia, mimo że od wielu lat mieszka w Stanach, po angielsku mówi  - nie ma co ukrywać - bardzo słabo. Nie mam zielonego pojęcia, jak to możliwe. Chyba musi żyć wśród samych osób mówiących po Chińsku. Jako że miałam z nią spędzić najbliższe dni, czułam, że pojawią się problemy natury komunikacyjnej. Intuicja mnie nie zawiodła. Uwaga, wszystkie przyszłe au pair - życie au pair nie jest usłane różami! Dla mnie wizyta babci okazała się prawdziwym utrapieniem. Wiem, że ona nie chciała źle, ale dla mnie te parę dni były naprawdę ciężkie.

 Po pierwsze miałyśmy problemy z dogadywaniem się między sobą. Ona ciągle coś ode mnie chciała, ale ja często nie mogłam zrozumieć co. Do drugie babcia boi się prowadzić, więc musiałam ją wszędzie wozić, więc nie miałam praktycznie czasu wolnego. No dobra, nie musiałam jej wozić, ale pomyślałam, że byłoby nieładnie tak odmawiać, skoro ona przyjeżdża tu mniej więcej raz w roku, mogę trochę swojego czasu jej poświęcić. Naprawdę miałam dobre intencje na początku i chciałam mieć z nią jak najlepszy kontakt, ale łatwo nie było. Po trzecie babcia ciągle za mną łaziła jak cokolwiek robiłam, czujnie obserwowała  i bez przerwy komentowała jak co powinnam robić! Jakież to irytujące, jak ktoś nad Tobą stoi i patrzy Ci na ręce! A jeszcze bardziej denerwuje, kiedy słyszysz komentarze na ten temat grrr. No cóż, postanowiłam zacisnąć zęby i z uśmiechem odpowiadać na wszelkie komentarze. Niestety więszkość babcinych komentarzy sprowadzała się do tego, że nie podoba jej się, jak dzieci są wychowywane, co jedzą, co robią i tym podobne. W tym wypadku to nie była absolutnie moja wina i nie mogłam niczego zmieniać, bo zatrudniona zostałam przez rodziców i to do ich instrukcji miałam się stosować. Powiedziałam oczywiście o tym babci, że może powinna porozmawiać o tym ze swoją córką, bo nie leży w mojej gestii zmiana czegokolwiek, ale chyba nie dotrało do niej... eh. No cóż, to był tylko wierzchołek góry lodowej.

Pewnego razu, ni stąd ni zowąd, babcia zadała mi pytanie czy byłam w niedzielę w kościele. Totalnie zaskoczona, nie wiedząc, do czego zmierza odparłam że nie. Po czym ona zaczęła wypytywać, czy jestem wierząca, religijna, jak kto wygląda w moje rodzinie itp. Zgodnie z prawdą (lecz nie chcąc wdawać się w szczegóły, bo sprawa jest dość skomplikowana) odparłam, że raczej wierząca nie jestem. W tamtej chwili nie wiedziałam jeszcze jaki błąd popełniłam. Babci a za zadanie postawiła sobie nawrócić mnie na dobrą drogę - chodziła za mną po całym domu, kiedy ja wykonywałam swoje obowiązki i opowiadałam o tym, że Jezus mnie obserwuje cały czas i że muszę to przyjąć do wiadomości... Wierzcie mi, że z trudem powstrzymywałam irytację. Rety, naprawdę bardzo lubię moją host rodzinę, nie ma żadnych problemów z hostami, ale z babcią zdecydowanie nadajemy na innych falach.

Kolejnego dnia babcia wzięła sobie mój telefon, który leżał na stole w kuchni i bez słowa postanowiła zadzwonić do siostry z którą rozmawiała (a jakże!) dobre 45 minut. Ale najlepsze było ciągle przede mną. Babcia stwierdziła, że muszę ja zawieźć do sklepu na zakupy, bo dzieci jedzą za mało zielonych warzyw. No dobra, co mi tam - pomyślałam i pojechałyśmy na zakupy. Stojąc przy kasie, babcia zapytała czy mam jakieś pieniądze. Zdziwiona powiedziałam że nie. Po powrocie do domu, babcia puka do drzwi mojego pokoju i pyta, czy teraz mogę jej oddać pieniądze za zakupy, które zrobiła dla dzieci. Tak! Wyobraźcie sobie moją minę w tamtym momencie! Powiedziałam grzecznie, że ja nie mam żadnych pieniędzy na zakupy, bo zakupy w tym domu robią hości, a co ona: ale jak to! przecież wiem że dostajesz co tydzień 200$! No myślałam, że się przewrócę z wrażenia! Byłam w tak ciężkim szoku, że zapomniałam o wszelkich zasadach grzeczności wypaliłam, że sorry, ale to są MOJE pieniądze, które dostaję jako zapłatę za moją pracę i że może ona powinna porozmawiać ze swoją córką po chińsku na temat tego kim jestem i co tu robię, bo najwidoczniej nie ma o tym zielonego pojęcia. Zmieszała się i poszła sobie. Naprawdę nie zamierzałam być niemiła, ale są pewne granice. Cóż mogę powiedzieć - wydaje mi się, że babcia rzeczywiście nie za bardzo rozumie ideę bycia au pair. O dziwo od tamtego momentu, nasz kontakt trochę się poprawił.


Po tym ciężkim tygodniu byłam tak zmęczona i sfrustrowana, że nie miałam siły kompletnie na nic. Całe szczęście że tuż po wyjeździe babci w czwartek rano sytuacja zmieniła się o 180 stopni i świat znowu nabrał kolorów :) Czwartek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył pod wieloma względami. Nie o wszystkim chcę tu pisać, ale miałam milion powodów do uśmiechu. Poznałam trzy świetne au pair, spędziłam sporo czasu żartując z nowo poznaną grupką amerykańskich znajomych i dostałam darmowe lody z lodziarni :D Mam nadzieję, że dobra passa się utrzyma i już nie mogę się doczekać co przyniesie weekend,a zapowiada się naprawdę ciekawie ;)

Och! Zapomniałabym - wszystkie zdjęcie są w ostatniej niedzieli z winery :)