wtorek, 5 sierpnia 2014

it's better to be a seal than a red lobster

Ostatnio czas pędzi z tak zawrotną prędkością, że aż trudno mi w to uwierzyć! Na moim komputerze gromadzi się coraz to więcej zaległych zdjęć z odwiedzonych miejsc i przeżytych przygód. Na dodatek czasu na tworzenie postów jakoś tak coraz mniej. To prawda, ostatnio pracy mam naprawdę dużo i nigdy nie myślałam, że będę z utęsknieniem wyczekiwać końca wakacji. Dzieciaki mają jeszcze dwa tygodnie bez szkoły, a kiedy w końcu zaczną się regularne zajęcia, to jest szansa, że w końcu ja trochę odpocznę. Ale narzekać i tak nie mam na co. Ostatnio często przyłapuję się na myśli, że moje życie w tym momencie naprawdę nie jest złe - szczególnie w weekendy ;) Miniony weekend obfitował w przygody - niektóre mocno stresujące - ale przynajmniej nie mogę narzekać na nudę.

Ale przecież dziś pora na drugą porcję zdjęć z weekendu w Santa Cruz. Jako że spędziłyśmy tam calutki dzień, to samo pływanie w oceanie i leżenie plackiem na słońcu nie byłoby wystarczającą atrakcją. Żeby urozmaicić sobie czas, wybrałyśmy się na spacer na molo zobaczyć foki.  Ja podjęłam bardzo nieprzemyślaną decyzję i na spacer wybrałam się na boso. 'Co to dla mnie' - myślałam i się na tym myśleniu sparzyłam... Dosłownie sparzyłam! Moje stopy ledwo ten spacer przeżył i już sama nie jestem pewna, czy gorszy był gorący piasek czy beton. Ale co sobie na foki popatrzyłam to moje ;)









Focze bestie :)


i trochę plaży.
Szczerze mówiąc, to nie jestem pewna, dlaczego właśnie to miejsce jest tak znane i powszechne. Mnie znacznie bardziej urzekła plaża, na której byłam innym razem. Hmm.. w zasadzie to chyba w powszednim zdaniu zawarłam odpowiedź na moje pytanie. Najzwyczajniej w świecie nie jestem fanką wielkich kurortów i skupisk ludzi. Z reguły im bardziej dziko, tym bardziej mi się podoba ;)




Niestety całodniowe wylegiwanie się na plaży przypłaciłam wyglądem świeżo ugotowanego homara w pięknym soczystym czerwonym kolorze lub - jak to się śmiała ze mnie moja znajoma - patriotycznym biało-czerwonym tyłkiem, bo w zasadzie to była to część ciała, która najmocniej oberwała. I ubiegając wszelkie pytania - nie, wcale nie opalałam się bez użycia kremu z filtrem. Jednak po tej przygodzie zapragnęłam kremu z filtrem tak wysokim jak się da i juz następnego dnia kupiłam krem z filtrem 100 spf :D
Dzięki wielkie, Californio, ale ja słońca zaznałam już wystarczająco dużo.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz