środa, 11 czerwca 2014

Why I fell in love with the US


Już sam pomysł założenia bloga i fakt że ma mi towarzyszyć jako ten 'myślołap' w czasie mojej kolejnej już podróży do Stanów, zmusił mnie do zastanowienia się, co właściwie takiego w tych Stanach jest, że nieustająco tam wracam. W końcu to będzie już moja czwarta wycieczka za ocean, a do tej pory spędziłam tam w sumie półtora roku. No właśnie - co mnie właściwie tam urzekło?

O ile łatwo sobie wytłumaczyć podekscytowanie towarzyszące pierwszej wyprawie za wielką wodę, o tyle sprawa nie jest tak oczywista, kiedy bądź co bądź nieco się już tę amerykańską rzeczywistość pozna i oswoi:) W naszej kulturze mocno rozpowszechniona jest wizja "American dream", tego lepszego świata, gdzie wszystkie problemy są jakby mniejsze, a ludzie się więcej uśmiechają. O ile to drugie rzeczywiście jest prawdą, to pierwsze jest - jak to się zwykle w życiu okazuje - zwykłą ułudą. Wiadomo, na początku wszystko urzeka i zaskakuje swoją odmiennością. Można zauważyć najdrobniejsze szczegóły różniące tamten świat od naszego - od okrągłych klamek, równo przystrzyżonych trawników, przez drewniane domki, brak chodników, wielkie samochody, większe odległości na dobiegającym z każdej strony "how are you?" i uśmiechu nieznajomego kończąc.

Jak łatwo sobie wyobrazić na samym początku byłam wprost zachwycona. Ok, należy tu wtrącić, że należę do osób, które dość łatwo się zachwycają (szczególnie drobnostkami). Wiadomo jednak, że po pierwszym etapie fascynacji zawsze przychodzi czas kiedy przyzwyczajamy się do otaczającej nas rzeczywistości i to, co wcześniej wprawiało w zachwyt i urzekało, najzwyczajniej w świecie powszednieje. Zaczynamy zauważać te ciemniejsze strony i wiele rzeczy, które z początku przyprawiało o uśmiech, zaczyna z wolna irytować. Z moją miłością do Ameryki wcale nie było inaczej ;) Nie, nie nie wierzę naiwnie w amerykański sen, ani nie uważam tamtej rzeczywistości za idealną pod jakimkolwiek względem.



Ostatnio spotkałam osobę, która dopiero co wróciła ze Stanów po półrocznym pobycie tam. Była mocno rozczarowana i zestawiając amerykańską rzeczywistość z polską zdecydowanie wyżej stawiała tę naszą. Słuchając jej relacji - tego jaki wysoki tam poziom nierówności społecznych, jaki rasizm i tak dalej - musiałam szczerze przyznać rację w większości tych kwestii. Zmusiło mnie to do zastanowienia się za co ja tak właściwie te Stany uwielbiam, dlaczego ciągle chcę tam wracać i dlaczego w gruncie rzeczy pod wieloma względami lepiej się czuję tam niż tu.

Otóż przede wszystkim kiedy tylko zaczynam się nad tym zastanawiać na myśl przychodzi mi mentalność Amerykanów i nieświadomie zaczynam się uśmiechać:) Uśmiechać! No właśnie! Uwierzcie mi na słowo, żę znacznie milej jest być otoczonym przez ludzi, którzy uśmiechną się do nieznajomego na ulicy. Mimo że ich small talks (how are you doing? how's it going? itp) mocno być nieco irytujące na początku, to tak naprawdę są tysiąc razy lepsze od polskiego malkontenctwa. No niestety taka nasza narodowa przypadłość, że bardzo lubimy narzekać i krytykować. Z każdym kolejnym powrotem po Polski przeszkadza mi to coraz bardziej. Osobiście jestem zdania, że najlepiej jak najbardziej unikać złych emocji. Lepiej skupiać się na tych dobrych:) Nigdy wcześniej nie słyszałam tylu komplementów, ile usłyszałam od Amerykanów. I to jest fakt - w Polsce nie mówi się tylu komplementów, a już tym bardziej nie potrafimy im przyjmować. Moi amerykańscy znajomi niejednokrotnie pytali się, dlaczego Polacy nie potrafią normalnie przyjmować komplementów i każdemu próbują zaprzeczyć zamiast zwyczajnie podziękować.

Tak więc to jest pierwsza kwestia - pierwszy kontakt z ludźmi jak i obcowanie z nieznajomymi jest znacznie przyjemniejsze tam niż tutaj. Kolejną kwestią jest łatwość nawiązywania znajomości. Ludzie nie boją się do siebie odzywać i zagadywać we wszelkich okolicznościach przyrody. Tak naprawdę dla Amerykanów każda okazja jest dobra żeby nawiązać rozmowę:) W tym miejscu żeby nie przekłamywać rzeczywistości muszę jednak napisać, że ta łatwość dotyczy jedynie pierwszego kontaktu. Trudno nawiązać prawdziwe przyjaźnie. Amerykanie wcale się tak łatwo nie otwierają na innych. Łatwo o znajomych, trudno o przyjaciół. I wiadomo że Amerykanie też ludzie i pod powierzchnią uśmiechu i komplementów często pojawia się plotkarz, który kiedy się odwrócisz, obgada cię od stóp do głów. Więc nie ma co się łudzić, że będzie tylko pięknie i miło, ale czy gdziekolwiek jest inaczej? ;)

Następną kwestią, która ujęła mnie w kwestii amerykańskiej rzeczywistości jest dużo większa tolerancja na wszelkiego rodzaju inność i akceptacja wyborów, których inni dokonują. Chyba ciężko byłoby zaprzeczyć temu, że w Polsce wywierana jest duża presja społeczna dotycząca preferowanego wzoru życia. Zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami należy skończyć studia, znaleźć partnera życiowego i założyć rodzinę, znaleźć stabilną pracę blablabla.  Jestem dość mocno drażliwa w tej kwestii, pewnie dlatego, że to ja teraz jestem w momencie, kiedy muszę podejmować te ważne decyzje, ważące na moim przyszłym życiu ;) W każdym razie w Stanach istnieje duża toleran
cja - każdy robi to co chce i nikomu nic do tego. Pewnie dużą wagę odgrywają realia tamtejszej rzeczywistości - płatne szkolnictwo wyższe sprawia, że odsetek studiujących jest tam nieporównywalnie niski w stosunku do Polski. Jednak przekłada się to bezpośrednio na to, że nie ma jednego "dobrego" wzoru życia.  Wielość i różnorodność stylów życia wśród spotkanych przeze mnie Amerykanów mnie zachwyciła i zainspirowała. Dzięki temu doszłam do wniosku, że "kicham" na społeczeństwo i będę podejmować nawet najbardziej niepopularne decyzje, by podążać za swoimi marzeniami:)

To tylko malutki wycineczek amerykańskiej rzeczywistości i oczywiście wszystkie te odczucia są mocno subiektywne, ale to właśnie te parę kwestii wysuwa się na przód, kiedy myślę o tym, dlaczego ciągle chce mi się tam wracać. Idealnie nie jest, a i problemy te same, ale w raj na ziemi nie wierzę. Póki co przede mną jeszcze dwa tygodnie w starej (też dobrej) polskiej rzeczywistości. ;)



I trochę przekornie moje ulubione zdjęcie z Nowego Orleanu - mim i przechodzień ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz