Każdą chwilę wolnego próbuję spędzać aktywnie zamiast siedząc w domu. Niby mam aż cały rok na zrealizowanie wszystkich swoich celów i zobaczenie wszystkiego, co bym chciała, ale tak naprawdę nie warto tracić czasu. Jako wielka fanka wszelkiego rodzaju aktywności na świeżym powietrzu, w tym także spacerów - im dłuższych tym lepiej - wybrałam się niedawno na pieszy spacer po okolicy.
Jako że californijski klimat wiąże się dużą ilością słońca i wysokimi temperaturami, postanowiłam zerknąć na mapę okolicy na moim telefonie w poszukiwaniu jakiegoś skweru czy parku, gdzie mogłabym potem chwilę odsapnąć w cieniu drzew. Z zadowoleniem odkryłam, że całkiem niedaleko ode mnie widnieje na mapie napis "Esther Clark Park", więc zachęcona tym co widzę ruszyłam w drogę.
Tak sobie spacerowałam krętymi uliczkami powoli umierając z gorąca. Był to sam środek dnia (!), a ja jestem zdecydowaną fanką ciepła, ale w rozsądnych ilościach, więc tutejszy upał troszkę mnie przytłacza ;)
Z nadzieją wyglądałam więc mojej upragnionej oazy. Gps pokazywał, że park jest tuż za zakrętem. A oto co zobaczyłam, gdy dotarłam na miejsce. Taaa daaam
Ledwie parę drzewek przy wejściu do "parku", który okazał się być rezerwatem przyrody. Rezerwatem, w któym zdecydowaną większość stanowiły suche trawy i niewysokie krzewy. A to ci niespodzianka! Zdecydowanie nie tego oczekiwałam. Mimo że ociekałam potem, stwierdziłam, że nie byłabym sobą, gdybym się teraz wycofała, więc dziarskim krokiem ruszyłam przed siebie.
Wszystko było w porządku do momentu, kiedy przypomniałam sobie rozmowę z hostami poprzedniego wieczoru. Mówiłam im o tym, że jestem wielką fanką wycieczek górskimi szlakami i że słyszałam, że w tej okolicy jest ich trochę. Odparli, że i owszem, jest tu sporo szlaków do przejścia. Przy okazji dowiedziałam się, że w tym rejonie jest też trochę dzikich zwierząt - kojoty, grzechotniki, lion mountains, czyli jakieś takie panterowate predatory. No właśnie! Spacerując samotnie wśród totalnej ciszy przez park, zaczęły przychodzić mi do głowy najgorsze scenariusze spotkania wszystkich wyżej wymienionych zwierząt.
Dla usprawiedliwienia dodam, że nie taka znowu ze mnie panikara, ale mam nadzwyczajne szczęście do spotkań pierwszego stopnia z dzikimi zwierzętami. Zdarzyło mi się już siedzieć nad Bieszczadzkim potokiem razem ze żbikiem, spotkać niedźwiedzia z bardzo bliskiej odległości w słowackich Tatrach, potknąć się o żmiję w Karkonoszach, czy być gonioną przez sforę dzikich psów w Gruzji.
Na szczęście tym razem udało mi się uniknąć wszelkich spotkań, a po paru minutach pojawiły się przede mną domy, więc odetchnęłam z ulgą :)
California pełna jest niespodzianek :)
Edit: Jeszcze tego samego dnia miałam "szczęście" zobaczyć kojota. I to dwa razy! Raz tuż po załadowaniu tego posta, kiedy wyszłam przed dom wyrzucić śmieci, jeden siedział na naszej drodze wjazdowej. Wieczorem poszłam na spacer i wspinając się na pobliskie wzgórze, żeby mieć lepszy widok na okolicę oświetloną resztkami zachodzącego słońca, nastąpiło moje drugie spotkanie oko w oko z kojotem. Prawdopodobnie to tylko pozór, ale sprawiał wrażenie całkiem miłego zwierzątka ;)
bardzo bym chciała przenieść się do Californii, na Florydę, albo do Australii, ale nie przeżyłabym tych upałów :(
OdpowiedzUsuńOj aż tak źle nie jest ;) Akurat we wszystkich wymienionych przez Ciebie miejscach myślę, że można liczyć na klimatyzację wszędzie, gdzie tylko się da - w domach, samochodach, a z tego co pamiętam to na Florydzie nawet autobusy miejskie były klimatyzowane. Gorzej jakbyś chciała się wybrać do Ameryki Południowej, tam mógłby być problem ;)
Usuń