piątek, 1 sierpnia 2014

Ups and downs

To była długa nieprzewidziana przerwa na blogu. Ten post miał zawierać drugą część relacji z Santa Cruz, ale nastąpiła zmiana planów. Myślę, że czas na trochę prywaty, czyli tydzień z życia au pair pełen wzlotów i upadków.

To był zdecydowanie najcięższy z moich dotychczasowych tygodni pracy tutaj. Nie miałam dla siebie dosłownie ani chwili. A wszystko za sprawą wizyty babci dzieciaków. Babcia przyjechała w sobotę po południu i miała zostać do czwartku. Ja - ponieważ sobotę spędziłam w San Francisco - spotkałam ją dopiero w niedzielę, kiedy to z całą host rodziną wybraliśmy się na wycieczkę na pobliski szczyt, gdzie uprawia się winogrona i powstają regionalne wina. Hości często udają się tam na degustację. Tym razem i ja mogłam skosztować wielu różnych rodzajów win, które stamtąd pochodzą. Muszę przyznać, że były naprawdę dobre. Po degustacji udaliśmy się do na lunch do chińskiej restauracji, w której moja host rodzina jada co najmniej raz w tygodniu. Hostka pochodzi z Tajwanu, ale spędziła tam tylko pierwsze lata swojego życia, czego nie można powiedzieć o babci. No właśnie.. babcia.













 Babcia, mimo że od wielu lat mieszka w Stanach, po angielsku mówi  - nie ma co ukrywać - bardzo słabo. Nie mam zielonego pojęcia, jak to możliwe. Chyba musi żyć wśród samych osób mówiących po Chińsku. Jako że miałam z nią spędzić najbliższe dni, czułam, że pojawią się problemy natury komunikacyjnej. Intuicja mnie nie zawiodła. Uwaga, wszystkie przyszłe au pair - życie au pair nie jest usłane różami! Dla mnie wizyta babci okazała się prawdziwym utrapieniem. Wiem, że ona nie chciała źle, ale dla mnie te parę dni były naprawdę ciężkie.

 Po pierwsze miałyśmy problemy z dogadywaniem się między sobą. Ona ciągle coś ode mnie chciała, ale ja często nie mogłam zrozumieć co. Do drugie babcia boi się prowadzić, więc musiałam ją wszędzie wozić, więc nie miałam praktycznie czasu wolnego. No dobra, nie musiałam jej wozić, ale pomyślałam, że byłoby nieładnie tak odmawiać, skoro ona przyjeżdża tu mniej więcej raz w roku, mogę trochę swojego czasu jej poświęcić. Naprawdę miałam dobre intencje na początku i chciałam mieć z nią jak najlepszy kontakt, ale łatwo nie było. Po trzecie babcia ciągle za mną łaziła jak cokolwiek robiłam, czujnie obserwowała  i bez przerwy komentowała jak co powinnam robić! Jakież to irytujące, jak ktoś nad Tobą stoi i patrzy Ci na ręce! A jeszcze bardziej denerwuje, kiedy słyszysz komentarze na ten temat grrr. No cóż, postanowiłam zacisnąć zęby i z uśmiechem odpowiadać na wszelkie komentarze. Niestety więszkość babcinych komentarzy sprowadzała się do tego, że nie podoba jej się, jak dzieci są wychowywane, co jedzą, co robią i tym podobne. W tym wypadku to nie była absolutnie moja wina i nie mogłam niczego zmieniać, bo zatrudniona zostałam przez rodziców i to do ich instrukcji miałam się stosować. Powiedziałam oczywiście o tym babci, że może powinna porozmawiać o tym ze swoją córką, bo nie leży w mojej gestii zmiana czegokolwiek, ale chyba nie dotrało do niej... eh. No cóż, to był tylko wierzchołek góry lodowej.

Pewnego razu, ni stąd ni zowąd, babcia zadała mi pytanie czy byłam w niedzielę w kościele. Totalnie zaskoczona, nie wiedząc, do czego zmierza odparłam że nie. Po czym ona zaczęła wypytywać, czy jestem wierząca, religijna, jak kto wygląda w moje rodzinie itp. Zgodnie z prawdą (lecz nie chcąc wdawać się w szczegóły, bo sprawa jest dość skomplikowana) odparłam, że raczej wierząca nie jestem. W tamtej chwili nie wiedziałam jeszcze jaki błąd popełniłam. Babci a za zadanie postawiła sobie nawrócić mnie na dobrą drogę - chodziła za mną po całym domu, kiedy ja wykonywałam swoje obowiązki i opowiadałam o tym, że Jezus mnie obserwuje cały czas i że muszę to przyjąć do wiadomości... Wierzcie mi, że z trudem powstrzymywałam irytację. Rety, naprawdę bardzo lubię moją host rodzinę, nie ma żadnych problemów z hostami, ale z babcią zdecydowanie nadajemy na innych falach.

Kolejnego dnia babcia wzięła sobie mój telefon, który leżał na stole w kuchni i bez słowa postanowiła zadzwonić do siostry z którą rozmawiała (a jakże!) dobre 45 minut. Ale najlepsze było ciągle przede mną. Babcia stwierdziła, że muszę ja zawieźć do sklepu na zakupy, bo dzieci jedzą za mało zielonych warzyw. No dobra, co mi tam - pomyślałam i pojechałyśmy na zakupy. Stojąc przy kasie, babcia zapytała czy mam jakieś pieniądze. Zdziwiona powiedziałam że nie. Po powrocie do domu, babcia puka do drzwi mojego pokoju i pyta, czy teraz mogę jej oddać pieniądze za zakupy, które zrobiła dla dzieci. Tak! Wyobraźcie sobie moją minę w tamtym momencie! Powiedziałam grzecznie, że ja nie mam żadnych pieniędzy na zakupy, bo zakupy w tym domu robią hości, a co ona: ale jak to! przecież wiem że dostajesz co tydzień 200$! No myślałam, że się przewrócę z wrażenia! Byłam w tak ciężkim szoku, że zapomniałam o wszelkich zasadach grzeczności wypaliłam, że sorry, ale to są MOJE pieniądze, które dostaję jako zapłatę za moją pracę i że może ona powinna porozmawiać ze swoją córką po chińsku na temat tego kim jestem i co tu robię, bo najwidoczniej nie ma o tym zielonego pojęcia. Zmieszała się i poszła sobie. Naprawdę nie zamierzałam być niemiła, ale są pewne granice. Cóż mogę powiedzieć - wydaje mi się, że babcia rzeczywiście nie za bardzo rozumie ideę bycia au pair. O dziwo od tamtego momentu, nasz kontakt trochę się poprawił.


Po tym ciężkim tygodniu byłam tak zmęczona i sfrustrowana, że nie miałam siły kompletnie na nic. Całe szczęście że tuż po wyjeździe babci w czwartek rano sytuacja zmieniła się o 180 stopni i świat znowu nabrał kolorów :) Czwartek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył pod wieloma względami. Nie o wszystkim chcę tu pisać, ale miałam milion powodów do uśmiechu. Poznałam trzy świetne au pair, spędziłam sporo czasu żartując z nowo poznaną grupką amerykańskich znajomych i dostałam darmowe lody z lodziarni :D Mam nadzieję, że dobra passa się utrzyma i już nie mogę się doczekać co przyniesie weekend,a zapowiada się naprawdę ciekawie ;)

Och! Zapomniałabym - wszystkie zdjęcie są w ostatniej niedzieli z winery :)

6 komentarzy:

  1. Są dwa wytłumaczenia: albo babcia pogadała z córką, albo chodziło o sprawdzenie tego, czy potrafisz się postawić. Obcy często nas testują. Chociaż nie wykluczam także różnicy pokoleń. ^^ Na poprawę humoru powiem Ci, że ja, moja siostra i mama również miałyśmy złą passę w tym tygodniu, chociaż zupełnie bez powodu (o, biedne talerze...).
    Trzymaj się, regeneruj i muskaj californijskim słońcem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie! Myślę że główną rolę odegrały różnice pokoleniowe i kulturowe ;)

      Usuń
  2. No nieźle mieć taką babcię na karku! Z tymi zakupami i pieniędzmi to po prostu szczyt szczytów! Zaniemówiłam jak to czytałam... ja po tylu dniach z babcią bym chyba wybuchła płaczem...
    Oby dobra passa trwała! Pozdrawiam!
    Patrycja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! jak na razie dobra passa raczej mnie nie opuszcza, oby jak najdłużej ;)

      Usuń
  3. Matko, czysty koszmar... Z tą komórką i zapłatą za zakupy to przegięła na całej linii!
    Dobrze że już sobie pojechała!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nawet sobie nie wyobrażasz, jaka to ulga pracować w tym tygodniu bez babci, obserwującej każdy twój ruch ;)

      Usuń